Rok Kapłański, cz. 27

WIZERUNEK ZEWNĘTRZNY I WEWNĘTRZNY ŚWIĘTEGO PROBOSZCZA Z ARS.

 

Jeden ze świadków życia proboszcza z Ars powiedział, że patrząc na niego poza czynnościami kapłańskimi, widziało się tylko zwykłego człowieka. Ci, którzy spotykali go po raz pierwszy w jakiś zwykłych okolicznościach, na przykład na rynku, czy wracającego z „Domu Opatrzności Bożej”, byli zawiedzeni. Mówili: „I to ma być ów święty proboszcz?”. Jednak prwdziwie pobozni pielgrzymi nie dawali się zmylić pozorom, wyczuwali bogactwo ducha i pełnię życzliwości i miłości, zwłaszcza wobec pokutujących grzeszników.

Czytaj dalej Rok Kapłański, cz. 27

Rok Kapłański, cz. 26

PROBOSZCZ Z ARS KANONIKIEM HONOROWYM I KAWALEREM LEGII HONOROWEJ.

Bez przesady można stwierdzić, że około roku 1850 ksiądz Jan Maria Vianney był najbardziej znanym księdzem we Francji. Biskup Chalandon, który nastąpił po biskupie Devie w diecezji Belley, trzy miesiące po wstąpieniu na stolicę biskupią, sam osobiście zjawił się w Ars, by nałożyć na proboszcza pelerynkę kanonicką. Zaskoczony tym, ks. Vianney, zaczął przekonywać biskupa, że jego wikary, który został mu dany do pomocy w parafii, będzie godniej nosił ten strój. Biskup jednak stanowczym ruchem sam nałożył na ramiona zawstydzonego proboszcza  kanonicki strój. Gdy potem, w zakrystii, ks. Jan próbował zdjąć z siebie tę szatę, wyjaśniono mu, że byłoby nietaktem wobec biskupa to uczynić. Skromny i pokorny kapłan znalazł jednak sposób, by pozbyć się kanonickiej odznaki i sprzedał ją pewnej pobożnej damie, uzyskując przez to pieniądze na misje. Czytaj dalej Rok Kapłański, cz. 26

Rok Kapłański, cz. 25


WYPADKI W LA SALETTE.

19 września 1846 roku niedaleko miejscowości La Salette rozpoczęły się objawienia Matki Bożej dwojga pastuszkom, piętnastoletniemu chłopcu Maksyminowi Giraud i czternastoletniej dziewczynce Melanii Mathieu. Matka Boża wzywała do modlitwy i pokuty, gdyż inaczej światu miały grozić klęski i kara Boża. Do 1851 roku Kościół nie wypowiadał się w sprawie objawień, chociaż już od 1847 roku do La Salette ściągali pielgrzymi. Ks. Jan Maria Vianney, choć uwierzył w objawienia, zachowywał się powściągliwie, co do ich interpretowania.Nigdy jednak nie odradzał pielgrzymki do La Salette, tłumacząc, ze Matka Boża wzywa przecież do słusznych rzeczy, bo zawsze należy się modlić i czynić pokutę. 24 września 1850 roku zaszły dziwne wypadki. W tym bowiem dniu ks. Vianney odwiedził Maksymin, przywieziony do niego przez swoich zwolenników, ale po rozmowie z nim, ks. Vianney przestał błogosławić obrazki i różańce przywożone, z la Salette, które przedtem podsuwali mu pielgrzymi. Wszystkim też zaczęło się wydawać, że kś. Jan Maria zaczął wątpić w prawdziwość objawień, co zresztą było prawdą, a dla niego samego stało się to źródłem cierpień wewnętrznych i niepokoju duchowego. Po jakimś czasie przybyli do ks. Vianney nawet posłańcy od Biskupa Grenobli, do którego należała La Salette, by wypowiedział sie na temat swojej rozmowy z Maksyminem, bo właśnie ta rozmowa była przyczyną wątpliwości Świętego. Tyle też odpowiedział wysłańcom. Kiedy we wrześniu 1851 roku Biskup Grenobli wydał pismo, w którym stwierdzał, że dzieci nie kłamały w sprawie objawień, niepokój i wątpliwości ks. Vianney jeszcze bardzie wzrosły, tym bardziej, że przez biskupa ,w jakimś sensie oficjalnie, wypowiedział się Kościół. Wreszcie minął czas wątpień i próby. Na dziesięć miesięcy przed swoją smiercia powrócił ks. Vianney do pierwotnego zdania, jakie miał o la Salette. Sam ks. Vianney opowiadał o tym tak: „Brakowało mi sumy potrzebnej do uzupełnienia fundacji misyjnej. Pomodliłem się do Najświętszej Panny z La Salette, aby mi tej sumy udzieliła. I znalazłem całą sumę, jaka była mi potrzebna. Uważam to wydarzenie za cudowne!” Potem wielokrotnie powtarzał wszystkim, że całym sercem wierzy w objawienia w La Salette.

Rok Kapłański, cz. 24

ZNIESIENIE SIEROCIŃCA. ZAŁOŻENIE SZKOŁY I PENSJONATU DLA CHŁOPCÓW. TROSKA O MISJE.

Założony przez ks. Jana Marię Vianney „Dom Opatrzności Bożej” był zarazem szkołą parafialną i sierocińcem. Od roku 1827 ks. Vianney spożywał tam skromne obiady i zamierzał osiąść w tym domu na stałe, po odejściu na emeryturę, dlatego też założył tam kaplicę z nieustającą adoracją Najświętszego Sakramentu. jednak, po przejściach związanych z chorobą ks. Jana i po jego ucieczce z Ars, mimo, iż wrócił, dom zaczął przezywać kryzys. W Ars podnosiły się coraz częściej głosy, że dom ten powinny prowadzić zakonnice. Kuria biskupia również skłaniała się ku takiemu rozwiązaniu, tak więc13 grudnia 1847 roku został zawiązany akt przekazujący „Dom Opatrzności” Zgromadzeniu Sióstr Św. Józefa. niestety, nie był to już dawny sierociniec, lecz wzorowa szkoła, prowadzona przez zakonnice, nad czym ks. Vianney bardzo bolał, bo biedne dziewczynki nie miały już dostępu do tej szkoły.

Ks. Vianney od roku 1835 wpływał na mera gminy, by założyć szkołę dla chłopców i by prowadzili ją zakonnicy. 10 marca 1849 roku przybyło do Ars trzech zakonników Braci Świętej Rodziny, by założyć szkołę i pensjonat dla chłopców, na utrzymanie którego ks. Vianney zobowiązał się osobiście regularnie składać ofiarę ze swoich skromnych dochodów.

Kolejną, wielka sprawą, jaką zajął się ks. Vianney, były misje. Gdzie tylko mógł zbierał ofiary i fundusze na misje święte. Sprzedawał wiele swoich rzeczy, a nawet, jak kiedyś kupował do kościoła bogate i drogie szaty liturgiczne, tak teraz sprzedawał je by wysyłać pieniądze na fundacje misyjne. Prócz misji, ksiądz Jan ufundował wiele Mszy św. wieczystych, których stypendia miały być przekazywane misjonarzom. Ponieważ leżało mu na sercu dzieło Rozkrzewiania Wiary, ufundował siedemdziesiąt Mszy św. w intencji, by oddać misjonarzy pod opiekę najświętszej Maryi Panny.

Rok Kapłański, cz. 23

PRAGNIENIE ŻYCIA W SAMOTNOŚCI, CIĘŻKA CHOROBA I UCIECZKA W ROKU 1843.

Patrząc na Proboszcza z Ars, uśmiechniętego i oddanego gorliwej pracy duszpasterskiej, nie przypuszczałby nikt, że prześladowało go nieustanne pragnienie życia w samotności, najlepiej w zaciszu surowego klasztoru trapistów albo kartuzów. Pragnienie to ujawniło się u niego już w latach dziecięcych wskutek zamiłowania do modlitwy. Bardzo wcześnie zrozumiał, że milczenie i skupienie sprzyjają wzniesieniu się duszy do Boga. Gdy został proboszczem, do dawniejszych pragnień doszły mu jeszcze wyrzuty sumienia, uważając się za nieuka, czy nie kusił Pana Boga, przyjmując troskę o zbawienie dusz. Do jednego z księży powiedział kiedyś: „O, mój drogi, nie wiesz, co to znaczy przejść z probostwa na Sąd Boży”.  Myśl o jakimś zakątku, w którym mógłby „opłakiwać swoje nędzne życie” dręczyła go od pierwszych lat pracy duszpasterskiej. Echa tych pragnień dochodziły wprawdzie do biskupa, ale ten nawet nie chciał słyszeć o odejściu ks. Vianney z parafii. W końcu sam ks. Vianney zaczął słać pokorne prośby do biskupa o pozwolenie usunięcia się z parafii. Właściwie, to gwałtowne pragnienie spędzenia reszty życia przed tabernakulum i na klęczkach nie powinno dziwić u takiego człowieka, jak ks. Jan Maria, ale, jak określili to niektórzy, mogła to być też zwykła pokusa szatańska, który pod pozorem dobra kusił świętego proboszcza, by zniszczyć pobożne dzieło, którego dokonywał przez swoją posługę, zwłaszcza w konfesjonale. Pokusa ta, choć może i pochodzenia szatańskiego,była niewątpliwie z dopustu Bożego. To jednak nie przeszkodziło, że proboszcz z Ars aż trzykrotnie próbował opuścić parafię. Pierwszy raz, w nocy wyszedł z probostwa i sam nie wiedział, gdzie ma iść, ani co robić. Dopiero, gdy doszedł do ostatniego krzyża przydrożnego we wsi, zrozumiał, że nie taka jest wola Boża. Kusiciel nie dawał za wygraną. Niedomagania i choroby świętego stały się dla niego cenną okazja do odwetu. Biskup, nie mając wielu kapłanów, zachęcał okolicznych proboszczów, by pomagali koledze. W roku 1843 zdawało się, że już umrze. Zasłabł w czasie jednego nabożeństwa i wezwany lekarz stwierdził zapalenie opłucnej.  Sam ks. Vianney opowiadał później, że gdy słyszał wyrok lekarzy, którzy nie dawali mu już ani dnia życia, modlił się do Matki Bożej i św. Filomeny, by mógł jeszcze pożyć, by zbawiać dusze. Po szesnastu dniach ciężkiego omdlenia, wsparty modlitwami osieroconych pielgrzymów, prawie cudownie wyzdrowiał. Wraz jednak z powrotem zdrowia wróciły chęci ucieczki z Ars. W nocy z 11 na 12 września wymknął się z plebanii, ale była ona otoczona wiernymi i pielgrzymami. Nie pozwolił sie jednak zatrzymać twierdząc, że napisał list do biskupa i w swojej rodzinnej miejscowości, w Dardilly, będzie oczekiwał na jego werdykt. Do Dardilly zaczęli ściągać pielgrzymi z Ars, które nagle opustoszało, zaczęły też przychodzić liczne listy od różnych osób, które błagały proboszcza, by wracał do Ars. W końcu sam biskup napisał, że nie zgadza się na opuszczenie Ars przez ks. Vianney. Powróciwszy do parafii, ks. Jan Maria powiedział do rzeszy witających go parafian i pielgrzymów: „Wszystko już było stracone! Ale i wszystko powróciło! Już was nie opuszczę, dzieci moje!”. Proboszcz z Ars zaczął znowu wieść życie po dawnemu, czyli w konfesjonale i na modlitwie w kościele i kilku godzinach spędzanych na probostwie.

Rok Kapłański, cz. 22

PORZĄDEK DNIA PROBOSZCZA Z ARS I JEGO ŻYCIE WEWNĘTRZNE.

Poza pięciodniowymi rekolekcjami, na które do roku 1835 ks. Vianney udawał się rokrocznie, święty z Ars nie opuszczał swojej wioski. Życie jego przybrało charakter wzniosłej monotonności, która uczyniła z niego więźnia dusz. Dwadzieścia godzin na dobę, o ile nie więcej, był na nogach, w konfesjonale spędzał od piętnastu do szesnastu godzin w lecie, w zimie od jedenastu do trzynastu. Już od pierwszej w nocy był w kościele, sam dzwonił na „Anioł Pański”, by dać znać ludziom, iż kościół już jest otwarty, a on gotowy do spowiadania. Oczekiwał ich przybycia, klęcząc przed tabernakulum, a widok ten był niesamowity, sami wierni zeznawali, że był jak anioł wpatrzony w Boskie oblicze. Czytaj dalej Rok Kapłański, cz. 22

Rok Kapłański, cz. 21

PROBOSZCZ Z ARS JAKO SPOWIEDNIK I KIEROWNIK SUMIEŃ.

Przez trzydzieści lat napływały do Ars rzesze pątników, aby się wyspowiadać u ks. Vianney. Posadzka starego kościoła aż wytarła się od nieustannego szurania nogami. Ks. Jan Maria prawie nigdy w ciągu dnia nie zdejmował komży, bo penitenci nie dawali mu spokoju. Burmistrz miasteczka, którym stało się Ars, zaświadczył, że w latach od 1830 do 1845 roku przybywało około trzystu do czterystu osób dziennie. Oczywiście, wszyscy, którzy przyjeżdżali do Ars, czynili to z głębokiej pobożności i chęci spotkania ze świętym kapłanem, ale byli i tacy, którzy przybywali z czystej ciekawości, niemniej jednak, nawet i ci nawracali się i wyjeżdżali z Ars odmienieni. Tłum składał się z osób różnego wieku i stanowiska. Byli tam biskupi, kapłani, zakonnicy, była szlachta, byli chłopi, uczeni i prostaczkowie. Było wiadomo, że do konfesjonału świętego proboszcza trzeba było czekać nieraz po kilka dni. Zdarzało się, że ks. Vianney umiał przewidzieć, że komuś naprawdę się śpieszy i musi wracać do obowiązków, i takiego spowiadał poza kolejnością. Powszechnie było też wiadomo, że proboszcz z Ars czyta w duszach ludzkich, na przykład zdarzało się, iż ktoś mówił, że był ostatni raz w spowiedzi dwadzieścia lat temu, proboszcz mówił: „Dodaj jeszcze pięć”. Wiemy to oczywiście od ludzi, którzy sami się do tego przyznawali. Ks. Vianney potrafił też znienacka kazać zawołać jakąś osobę do spowiedzi, raz, gdy kobieta, którą kazał przywołać, już wyszła, kazał ją dogonić i określił dokładnie miejsce, w którym już była. Jako święty kapłan, proboszcz z Ars dobrze wiedział, że łaska Boża działa czasem chwilowo i kto jej nie wykorzysta, przepadnie ona, dlatego pomagał wielu odkryć, ten przypływ łaski. Bardzo często zdarzało się, ze prawie przymuszał niektórych do spowiedzi, i ci, którzy początkowo się opierali, odbywali piękną spowiedź i przykładnie żyli w przyszłości. Ks. Vianney pomagał też w dobrym odprawieniu spowiedzi, przypominał grzechy tym, którzy w swej prostocie zapominali je, ale czasem ostro upominał, gdy ktoś próbował na spowiedzi coś zataić. Pewnego razu jeden z penitentów po spowiedzi zdziwiony zapytał ks. proboszcza; „Ojcze, dla czego płaczesz”?, a na to proboszcz odpowiedział: „Bo ty nie płaczesz i nie żałujesz za grzechy”. Święty spowiednik był też niezwykle wymagający co do przemiany życia po spowiedzi. Zadawał pokutę i żądał na przykład kategorycznie zerwania z nałogiem lub okazją do grzechu. Niektórym, w proroczej wizji, mówił jak będzie wyglądało ich życie, jeśli się nie nawrócą i nie zmienią postępowania. Posługa w konfesjonale szła w parze z kierownictwem duchowym, bo wilelosób, nawet biskupów i kapłanów prosiło o to świętego proboszcza.

Świąteczna zbiórka darów

W niedzielę, 13 grudnia, Młodzież naszej Parafii przeprowadziła zbiórkę żywności i środków czystości, które będą przekazane jako przedświąteczny dar dla najbardziej potrzebujących Rodzin naszej Parafii. Mieszkańcy Parafii (i nie tylko) bardzo chętnie przynosili produkty. Ilość przyniesionych produktów przerosła najśmielsze wyobrażenia zbierających (dla przykładu: zebrano prawie 100 kg cukru!!!).

DZIĘKUJEMY WSZYSTKIM ZA DAR SERCA !!!

Rok Kapłański, cz. 20

SPRZECIWY ZE STRONY DUCHOWIEŃSTWA.

Szatan, który zawsze chce walczyć z dobrem, nie zaniechał też tej walki wobec świętego proboszcza z Ars. Co najgorsze posłużył się w tej walce nawet ludźmi, którzy powinni być szczególnie wyczuleni na ataki szatana, czyli współbraćmi św. Jana Marii Vianney w kapłaństwie. Niestety i ludzi duchownych dotykała wada i słabość zazdrości; widząc tak wielką popularność proboszcza z Ars i to, że tylu ludzi zjeżdżało do niego do spowiedzi, słuchało jego kazań i uczestniczyło w jego nabożeństwach, tymczasem ich kościoły świeciły pustkami, księża okoliczni zaczęli szemrać przeciw niemu i krytykować go. Uważali, że ks. Vianney jest człowiekiem ekscentrycznym i zyskałby wiele na tym, gdyby się zmienił i postępował, jak wszyscy inni księża.  Surowo krytykowano jego ubiór  i w sposobie zachowania  się widziano tylko zamiłowanie do oryginalności. Dziwactwem nazywano to, co u świętego proboszcza wypływało z doskonałej intencji. Ks. Vianney czasem oddawał biedakom nowe buty, sam dobrowolnie, celem umartwienia się i w duchu pokory, nosił zawsze wytartą sutannę, stary kapelusz i łatane trzewiki.  Nawet na spotkania i konferencje dla duchownych przybywał tak ubogo ubrany, iż budził w konfratrach politowanie. Ale niektórzy posądzali go o sknerstwo. „Czyżby nie mógł, nawet przy szczupłych dochodach, sprawić sobie przyzwoitego odzienia?” – mówili między sobą. Innym znowu zdawało się, że postępując tak, okazuje brak zdrowego rozsądku, a jeszcze innym, że z jego strony to obłuda, zamaskowana pycha i chęć zwrócenia na siebie uwagi. Stąd wśród duchowieństwa rozpowszechniła się wielka nieżyczliwość wobec świętego proboszcza i ci biedni księża nawet nie rozumieli, że stali się narzędziami w rękach szatana. niejednokrotnie cierpko żartowano sobie , w oczy lub też poza oczami, z ks. Vianney, ale on pogodnie przyjmował te niemiłe sytuacje, a nawet sam z uśmiechem mawiał: „Kto powie choćby tylko: ‚Proboszcz z Ars’ , ten już wszystko powiedział”. Czytaj dalej Rok Kapłański, cz. 20