Rok Kapłański, cz. 5

PRACA NA ROLI W DOMU RODZINNYM. PIERWSZE MYŚLI O POWOŁANIU.

Zamach stanu z 9 listopada 1799 r., składający w ręce generała Bonaparte losy Francji, przywrócił upragnioną wolność religijną. Kapłani zaczęli wracać do swoich placówek. Kościół w Dardilly był wciąż zamknięty, ale rodzina Vianney’ów chodziła do pobliskiego Ecully.Janek aż drżał z radości, widząc palącą się w kościele wieczną lampkę, znak obecności Jezusa wśród ludu. Młody Vianney pasienie bydła zostawił młodszej Gosi, a sam cięższe już wykonywał prace w polu. Wykonywał je z ochotą, trud ofiarując Panu Bogu, jak sam mawiał później: ” Trzeba ofiarować Bogu każdą pracę, każdy krok, nawet swój wypoczynek. O, jak to pięknie, gdy się każdą rzecz czyni wspólnie z Bogiem”. Gdy pracował ze starszym bratem Franciszkiem, modlił się w czasie pracy po cichu, gdy był jednak sam, dawał upust swym uniesieniom i łącząc się ze świergotem ptaków głośno wykrzykiwał modlitwy lub śpiewał.

5 kwietnia 1802 r. został zawarty Konkordat między Francją a państwem Watykańskim, przywracający pełna wolność religijną. Wkrótce i w Dardilly został otwarty kościół, do którego wrócił poprzedni proboszcz ks. Jakub Rey. Jan Maria ile razy tylko mógł w tygodniu bywał na Mszy św. Zawsze pozostał wierny swoim modlitwom, odmawianym, mimo zmęczenie pracą, w nocnych  godzinach, kosztem snu. Nieraz, gdy leżąc na skromnym posłaniu w oborze, gdzie sypiał, rozmyślał o przyszłości i wtedy powziął myśl zostania księdzem. Ale jak dojdzie do kapłaństwa, gdy ma już blisko siedemnaście lat i prawie żądnego wykształcenia? Sprawy finansowe też nie były obojętne, za co się uczyć, jeśli gospodarstwo Vianney’ów jest skromne, a wydatki na utrzymanie gromadki dzieci duże? Jedyną jednak myślą Jana było to, że tyle dusz czeka na zbawienie, tyle parafii bez księdza, tyle dzieci bez nauki religii! Czy to wszystko nie jest warte tego, by stawić czoło wszelkim trudnościom i przezwyciężyć wszelkie przeszkody? Pierwszej ze swoich marzeń zwierzył się oczywiście matce, co przyjęła z wybuchem łez radości i szczęścia. Długo zwlekał z wyznaniem tego ojcu, gdyż spodziewał się odmowy zgody. Istotnie, Mateusz Vianney kategorycznie się sprzeciwił jego zamiarom tłumacząc, że jego nauka doprowadziła  by do upadku gospodarstwo, po zapłaceniu za zwolnienie z wojska Franciszka i posagu dla Katarzyny. Zresztą, w tak ciągle niepewnych dla księży czasach, kto chciałby inwestować w naukę osiemnastoletniego młodzieńca? Ojciec nie chciał sie też pozbyć z domu pracowitego, darmowego robotnika. Przez dwa lata Jan Maria czekał na zgodę ojca. Bóg zresztą tylko pozornie opuścił pokornego i mężnego swojego sługę, bo Boża Opatrzność gotowała drogi, po których miała go poprowadzić go na szczyty kapłaństwa i świętości.

PÓŹNE POWOŁANIE.

Jedną z pierwszych trosk ks. Karola Balley, proboszcza w Ecully było wynajdywanie powołań kapłańskich. W tym celu założył szkołę parafialną, gdzie zgromadził kandydatów do kapłaństwa. Dla Jana Marii zabłysła nadzieja na osiągnięcie wymarzonego kapłaństwa. Skoro jednak matka jego wraz ze swą siostrą, która była parafianką ks. Balley’a, przedstawiły prośbę o przyjęcie Jana, kapłan odmówił, że ma już wystarczająco pracy z obecnymi uczniami. Dopiero interwencja szwagra Jana doprowadziła, że ks. Balley zgodził się przyjąć młodego Vianney’a do szkoły. Tak to Janek po raz drugi opuścił rodzinne pola Dardilly. Aby było taniej, zamieszkał i stołował się u swej cioci Humbertowej, a na lekcje chodzi ł na plebanię. Wszędzie dawał się poznać, jako cichy, pokorny i umartwiony młodzieniec. Niestety, problem zaczął się, gdy rozpoczęto lekcje języka łacińskiego. Janek miał tyle zaległości ze składni  i gramatyki francuskiej, iż nie sposób było nauczyć go  gramatyki łacińskiej. Jeden z ówczesnych współuczniów, późniejszy jezuita, o. Deschamps, opowiadał, jak to zniecierpliwiony tłumaczeniem łaciny Janowi spoliczkował go, a wtedy dwudziestoletni Jan Maria klęknął przed nim, wtedy dwunastolatkiem, i prosił go o wybaczenie, że jest tak niepojętny! Przez długie miesiące Jan nie uczynił żadnych postępów w nauce, mimo, iż wiele się modlił i uczył. Był nawet moment, że, może i nawet pod wpływem pokusy szatańskiej, chciał rzucić wszelkie marzenia o kapłaństwie i wrócić do pracy w polu! Na szczęście dobry ks. Balley wybił mu to z głowy, mówiąc że dusze czekają. Nie zmieniło to sytuacji ucznia, który sam po latach przyznał, że „w niedobrej swej głowie niczego pomieścić nie mogłem”. Chcąc poruszyć niebo, by uprosić pomoc w nauce, zrealizował pieszą pielgrzymkę o żebranym chlebie do odległego o dobrych sto kilometrów grobu św. Franciszka Regis, apostoła prowincji Velay i Vivarais. Na miejscu prosił o „łaskę zdobycia sobie dostatecznej znajomości łaciny”. Łaskę tę otrzymał, ale tylko w bardzo oszczędnej mierze! Niemniej jednak, istotnie, po powrocie do szkoły ks. Balley’a zaczął czynić postępy w nauce. W W. Poście 1807 r. Jan Maria Vianney przyjął z rąk kardynała Fesch’a sakrament bierzmowania a na patrona wybrał sobie św. Jana Chrzciciela.