Rok Kapłański, cz. 8

W SEMINARIUM WIĘKSZYM W LYONIE

Janowi Marii Vianney nie bardzo wiodło się na filozofii. Wykładano ja w duchu Kartezjusza i według metody dawnej Sorbony, więc wydawała się mu ona zimna, nudna i bezduszna. Ucieszył się, gdy w lipcu 1813 r. mógł wrócić na wakacje do Ecully do ukochanego nauczyciela ks. Balley’a. Spędził z nim ten czas na przygotowaniu do seminarium większego i były to najmilsze wakacje i ostatnie w całym jego życiu.Wyjechał więc do Lyonu do seminarium prowadzonego dawniej przez Księzy Sulpicjanów, a teraz przez księży diecezjalnych. Również i tam Jan Maria dał się poznać, jako kleryk skromny, pobożny. Niestety w dalszym ciągu miał kłopoty z nauką, nie rozumiał bowiem łaciny, w którym to języku prowadzono wykłady. Przełożony seminarium, ks. Gardette, zainteresował się tym starszym seminarzystą, którego pobożność i prawie bohaterska pilność były mu znane. Dał mu korepetytora i opiekuna do nauki, i skoro rozmawiali po francusku, Jan Maria potrafił wszystko zrozumieć i dać trafne, pełne zdrowego rozsądku odpowiedzi.
Jeden z profesorów dawał mu też dodatkowe lekcje aby nadrobić opóźnienia w nauce. Dzięki temu nauczaniu dostosowanemu do poziomu jego zdolności Jan Maria mógłby nabyć w seminarium wystarczających wiadomości, niestety łacina była językiem oficjalnym na lekcjach i egzaminach i profesorowie wiedzieli, że sobie nie poradzi. Wreszcie nadszedł ten straszny dzień, kiedy poradzono mu, by wystąpił z seminarium.

 

Nieszczęsny seminarzysta przyjął ten wyrok z rezygnacją i bez szemrania. Nie wiedział tylko, co z sobą począć dalej. Mimo wszystko chciał jednak służyć Bogu. Powziął więc postanowienie, że skoro zamknięta jest dla niego droga do upragnionego kapłaństwa, to będzie służył w zakonie. W Lyonie,w Zgromadzeniu Braci Szkolnych przebywał jego przyjaciel z lat dziecięcych Jan Dumond. Udał się do niego, o wszystkim mu opowiedział i postanowił, że odwiedzi jeszcze tylko ks. Balley’a w Ecully i wróci. Ks. Balley, którego ramiona szeroko otwarły się na jego przyjęcie, i na którego sercu mógł sie wypłakać, wysłuchał jego zwierzeń, ale zapewnił go, że Bóg przeznaczył go do służby ołtarza. Jeszcze raz uczyniono ostatnią próbę. Zasiedli do książek, a ks. Balley, tłumacząc jakieś kwestie, używał na przemian języka francuskiego i łacińskiego.

Tymczasem zbliżał się czas święceń w diecezji! Egzamin kanoniczny rozpoczynał się w maju, więc ks. Balley zaryzykował przedstawić doń swego ucznia. W diecezji ciągle brakowało kapłanów, Jan Maria miał już 29 lat, tonsurę nosił od trzech lat, to wystarczało, by już dłużej nie zwlekać z niższymi święceniami. I tak, zaledwie w trzy miesiące po opuszczeniu seminarium Vianney znowu pojawił się w gronie kolegów, którzy szczerze ucieszyli się z jego widoku. Komisja egzaminacyjna, przed która stanął Jan Maria miała kłopot. Pierwsze pytania nie zostały zaliczone, natomiast egzaminującym była znana osoba Jana Marii z pobożności, pilności, a przede wszystkim z gorącego pragnienia kapłaństwa. Uznano więc, że może w innej diecezji starać się o kapłaństwo, jeśli jakiś biskup go przyjmie. Chciano się go pozbyć i nie brać odpowiedzialności. Ks. Balley postanowił za wszelka cenę ratować swego ucznia. Udał sie do Lyonu do Ks. Groboz, przed którym niegdyś Jan Maria odbył swą pierwsza spowiedź i który przygotował go do I Komunii Świętej, a który był wówczas sekretarzem generalnym kurii biskupiej. Razem udali sie do wikariusza generalnego, który egzaminował naszego kleryka, i przekazali pochlebne, ale i szczere opinie na temat Jana Marii.Ten zgodził się, wraz z rektorem seminarium, porozmawiać – w sposób nieurzędowy – z kandydatem do święceń i prywatnie przeegzaminować go. Dopiero wtedy przedstawili kandydata do święceń niższych wikariuszowi generalnemu, ks. Courbon, który wtedy sprawował rządy w diecezji. Ks. Courbon był człowiekiem prostodusznym i zadowolił się pytaniem: „Czy kandydat Vianney jest pobożny? … Czy odmawia koronkę?” „Tak, i można go stawiać za wzór pobożności” – usłyszał odpowiedź. „Wzór pobożności! O, tak w takim razie powołuję go! Łaska Boża dokona reszty!”. Ksiądz Courbon nigdy w życiu nie działał pod lepszym natchnieniem.